A tu post z
cyklu „Z lekkim poślizgiem”. Napisałem go w lipcu, ale nie chce mi się zmieniać
formy gramatycznej, więc wyobraźcie sobie, że jest lipiec, jest ciepło, słonko
świeci…
Ponieważ na
wakacje wybieramy się z rodzicami za granicę przydałby mi się paszport. Mój
pierwszy paszport stracił ważność kilka miesięcy temu, więc nie ma innego
wyjścia jak wyrobić sobie nowy. Na wyrobienie tego jakże szlachetnego i
bezużytecznego w czasach Strefy Schengen dokumentu czeka się dość długo,
dlatego też potrzebne kroki podjęliśmy zawczasu. Zdjęcie zrobione (moi rodzice
chcieli dać pierwsze lepsze zdjęcie legitymacyjne – dla kumatych teraz
obowiązują specjale zdjęcia do paszportu), dokumenty wypełnione. Nic tylko iść
do urzędu. Mój tata postanowił sam zanieść wszystkie papiery, ale niestety
konieczna jest obecność „małoletniego ubiegającego się o dokument”. Tak więc
następnego dnia poszedłem do urzędu razem mamą. I tak zbliżał się koniec roku
szkolnego, więc zwolnienie się z lekcji nie było problemem (jakby naprawdę
zależało mi na frekwencji). Wchodzimy do urzędy, siadamy i czekamy. Po ok. 20
minutach nudy i wpatrywania się w ściany nadeszła nasza kolej. Wchodzimy do
pokoju, a tam Pani Halinka oznajmia nam, że nie mamy potwierdzenia wpłaty. Tak
więc udajemy się do budynku naprzeciwko, uzupełniamy kolejne dokumenty,
płacimy, wracamy i znów czekamy na swoją kolej. W międzyczasie pomogłem
uzupełnić dokumenty jakiejś staruszce. Była to syzyfowa praca, gdyż kobitka nie
była skora do pomocy. Po kolejnych 20 minutach arcyciekawego czekania,
wchodzimy. Wszystkie dokumenty przyniesione, wszystko uzupełnione. Co może
pójść nie tak? „A gdzie drugi rodzic?”. Że co kurwa? Na serio? Czy one myślą,
że moja mama chce mnie wywieźć? Jakby chciała to by nas już dawno nie było. Ja
chcę tylko jechać na cholerne wakacje. Dzwonię więc do taty. Na szczęście mógł
do nas przyjechać. No i kolejne fascynujące 15 minut w holu. Przyjeżdża,
kończymy całą tę biurokratyczną bekę życia i wychodzimy. Ja się pytam: czemu z
tego kraju jest tak trudno wyjechać? Więcej przygód mnie nie spotkało tego
dnia, oprócz faktu, że przez cały dzień chodziłem po mieście z mikserem w
plecaku (mój kumpel chciał go pożyczyć. Tak, mikser. Nie zeszyt, nie bluzkę.
Mikser). Trzymajcie się. Wasz Wesoły Pesymista ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz swój komentarz jeszcze raz - mądrzej